Theth to miejsce, w którym zatrzymał się czas.

Tomek wiele razy opowiadał mi o „dzikich górach Albanii”, ale nie wierzyłam, że takie miejsce może być w zasięgu pomysłu „mamy 10 dni wolnego, pojedźmy tam stopem”. A jednak. Nikt, kto nas podwoził, nie wierzył, że naprawdę nam się uda. Nawet jak już byliśmy 50km od celu.

Do Theth w Górach Przeklętych jedzie się około 2 godziny terenówką po górskiej drodze. Dotarliśmy tam w nocy, przy akompaniamencie dźwięków albańskiej muzyki z chłopakami, którzy na co dzień wożą tą trasą turystów (10 euro od osoby za kurs – szczerze uważam, że im się należy, w drugą stronę już zapłaciliśmy), a nasz upór i wytrwałe negocjacje zawiozły nas tam za darmo.

Góry Przeklęte (Prokletje) nazywane są również Albańskimi Alpami, są częścią Gór Dynarskich. Przez wiele lat były zamknięte dla turystów (tak jak w ogóle cała Albania), dopiero od niedawna możemy się tam wybrać.

Na drodze spotkamy tu więcej owiec, świń i krów, niż ludzi – ale jeśli już jakichś spotkamy to zawsze przywitają nas uśmiechem i sympatycznym pozdrowieniem. Większość lokalnych mieszkańców dopiero uczy się „obsługiwać” turystów, dlatego na każdym kroku ktoś nam proponuje nocleg i kolację.

Po przyjeździe rozbiliśmy namiot na kawałku pola, a nad nami było bezkresne morze gwiazd, pole widzenia ograniczały tylko wysokie, skaliste szczyty gór. Rano obudziła nas doskonała pogoda i słońce, więc wyruszyliśmy na szlak.

Powiedziałam szlak? Przesadziłam. Czasami na niektórych kamieniach namalowany jest biało-czerwony pasek, ale nigdy nie wiadomo, gdzie dany szlak prowadzi. W niektórych miejscach są ustawione mapki, ale na nich zaznaczone są tylko trasy, które nie prowadzą na szczyty (chyba żeby nikt niepowołany tam się nie zapuszczał bez przewodnika).

Ale byliśmy ambitni! Idziemy na sam szczyt Maja e Harapit. Ogromna, kilkusetmetrowa ściana o charakterystycznym kształcie kusiła nas od pierwszej chwili wędrówki. Trochę na oko, trochę po znakach, trochę na stopa (po kamieniach, ciężarówką z sympatycznym panem, nie wierzyłam że po takich drogach można jeździć) – dotarliśmy do podnóża góry. Okazało się, że szlak jest i jest nawet nieźle oznaczony. Do czasu.

W pewnym momencie zorientowaliśmy się, że znaków nie było już od dawna, a „ścieżka” którą idziemy powoli zmienia się w niemalże wspinaczkowy teren. Spojrzałam w dół i wiedziałam, że na pewno nie wrócę tą samą drogą. Jedyną opcją było iść do góry. Tomasz wybierał najoptymalniejszą drogę, ja człapałam za nim z myślą „nie patrz w dół!”, za cel obraliśmy sobie przełęcz, na której „na pewno będzie szlak!”. Po dość długiej i stresującej wędrówce, zauważyliśmy sporą jaskinię przy samej ścianie góry. Tam były już ślady owiec i pasterzy (a skoro pasterz w gumofilcach tam wszedł to ja w wygodnych butach tym bardziej dam radę) i czysta pitna woda kapiąca z sufitu. Napełniliśmy butelki i wyszliśmy na trasę, która powoli zmieniała się ze skalistej w bardziej trawiastą. Wyszliśmy na przełęcz i nic. Szlaku nie ma! Ogromne, kamienne cielsko góry stało niezmiennie po prawej stronie – do szczytu było jeszcze ładnych kilkaset metrów przewyższenia. A nasze błękitne niebo powoli przybierało coraz bardziej ponury wygląd. Nadchodziła burza.

Po kilkunastu minutach hasania po przełęczy, Tomek w końcu zauważył jakiś znaczek. Okazało się, że szlak schodził głębiej w las, a my postanowiliśmy wspinać się prosto do góry po kamieniach. Byliśmy uratowani! Z żalem porzuciliśmy nadzieję na zdobycie szczytu i zbiegliśmy szybko do podnóża góry. Deszcz dogonił nas w połowie drogi do wioski, do namiotu dobiegliśmy cali przemoczeni.

Na miejscu w guesthousie zamówiliśmy kolację (a podawana jest dla wszystkich, o 18, więc musieliśmy jeszcze trochę poczekać), a przesympatyczna pani dała nam ręczniki, udostępniła prysznic i salkę, gdzie mogliśmy się ogrzać – to wszystko za free, bo przecież jemy u nich kolację 🙂 O ustalonej godzinie siedliśmy do stołu, który uginał się pod ciężarem lokalnych przysmaków. Nie podołaliśmy ilości doskonałego lokalnego jedzenia. Kiedy wychodziłam z lokalu, zatrzymał mnie młody chłopak, wskazał na nasz namiot i powiedział łamanym angielskim „dzisiaj w nocy wielka burza! nie śpicie w namiocie tylko w moim małym domku, za darmo”. A następnego dnia rano, kiedy jedliśmy śniadanie na zewnątrz, podszedł do nas staruszek i postawił przy nas dzbanek z gorącą, ziołowa herbatą. Niestety musieliśmy już wracać do cywilizacji. Ale na pewno jeszcze tam zawitamy.

Maja e Harapit i my, podczas ucieczki przed nadchodzącą burzą.

2 Comments

  1. Pingback: Bałkany 2017 - Szpejara.pl

  2. Pingback: Gudauri czyli Gruzja na nartach - szpejara.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *