Praca w branży outdoorowej sprawia że poznajemy podobnych sobie wariatów. Tym prostym sposobem Marcin (http://wojownicykoscielca.blogspot.com/) wyciągnął mnie w niedzielę na „spacer” po słowackich Tatrach. Za cel obraliśmy Sławkowski Szczyt.

Chyba niczego tak bardzo nie potrzebowałam jak wyrwania się do gór między jednym egzaminem a drugim, sesja to jednak jakiś taki potwór, który pożera z człowieka całą energię.

Z Krakowa wyjechaliśmy o 4 nad ranem, żeby wyruszyć jak najwcześniej. Szlak powiedział mi „9 godzin w dwie strony”, ja z własnego doświadczenia rzuciłam „E, wyrobimy się w 7 z postojami”. Rzeczywistość zaśmiała się cicho pod nosem.

Dzień rozpoczął się typową dla mnie górską pogodą – widoczność na kilkanaście metrów do przodu, śnieg miejscami po kolana, miejscami po pas, ale jak chodzisz ostrożnie to może się nie zapadniesz. Rewelka! Nic tylko narzucić tempo i iść. Z tym narzuceniem tempa też się okazuje różnie, bo przecież jest ono wypadkową kondycji wszystkich członków załogi…

Ale na początku szło gładko, przedarliśmy się przez postapokaliptyczny las, w którym chyba ktoś wyłączył kolory.

sławkowski szczyt

Potem człapaliśmy po czymś, co jeszcze kilka dni temu było ludzkimi śladami między kosówkami. Czasem ludzkie ślady zmieniały się w skiturowe, które niestety były mniej ugniecione i zapadaliśmy się w nich głębiej. Wszędzie biało, dookoła nic nie widać, nie wiadomo czy gdzieś w okolicy jest szlak… Nagle ślady się urwały. Po kolana, a czasem głębiej brnęliśmy uznając, że najsłuszniejszy kierunek to ten do góry. Potem trzeba było sondować kijkiem śnieg przed sobą, żeby przypadkiem noga nie wpadła jeszcze głębiej, pod kamień. W końcu siadłam na kamieniu, wyciągnęłam termos i to był pierwszy moment, kiedy przeszło mi przez myśl, że nigdzie jednak nie wejdziemy.

Wtedy wydarzył się cud. Zza mgły i krzaka wyłonił się Słowak. Uśmiechnięty przyznał, że ma nadzieję że wiemy jak idzie szlak bo od dłuższego czasu idzie po naszych śladach. Troszkę go zasmuciliśmy. Na szczęście dookoła nas zaczęła wyłaniać się nadzieja. Najpierw w postaci dumnej ściany Łomnicy, a chwilę później promieni słońca które obudziły w nas chęci do życia. To jest ten moment, kiedy uświadamiam sobie, że poza styraniem i walką w górach są jeszcze wrażenia estetyczne. Pierwsza poważna decyzja – no to idziemy na grań, po kamieniach.

sławkowski szczyt
Nieposkromiona radość, kiedy widzę kawałek góry na horyzoncie i niebieskie niebo.

Po wyjściu na grań faktycznie zrobiło się „bardziej” – bardziej optymistycznie, bardziej niebezpiecznie, bardziej przepaściście po obu stronach i bardziej widocznie. Wariacko przeczłapaliśmy w górę po tych kamieniach, a jak teren zrobił się łatwiejszy to pierwszy raz w życiu widziałam człowieka całującego znak właśnie odnalezionego szlaku.

Jakoś tak pogoda ducha wraca, kiedy Twoja ścieżka oznaczona jest raz na jakiś czas biało-niebieskim paskiem. Zyskaliśmy też bardzo sympatyczne towarzystwo.

sławkowski szczyt
Bliskie spotkania na szlaku

Czasu do zachodu ubywało, a przed nami rosła przepotężna góra do zdobycia. Słońce przyjemnie prażyło, dzięki czemu śnieg w żlebach zrobił się puszysty, mokry, lepki i lawiniasty. Nie pozostało nic innego niż pchać się granią jak najbardziej do góry.

sławkowski szczyt
Widoki rekompensują chyba wszystkie niedogodności

Dookoła góry, pod nami morze chmur. Bajka. Nie będę liczyć ile razy chcieliśmy zawrócić. A to teren niebezpieczny, a to lawiniasto, a to robi się coraz później i nie chcemy wracać po nocy, a to zwykłe ludzkie zmęczenie… Ale jakaś nieokreślona siła zawsze ciągnie tego zrezygnowanego człowieka do góry. Gdzieś w środku jest taka nieoczywista radość z faktu, że idziesz dalej pomimo wszystko. Paniczny strach wyłącza się, kiedy odpalam tryb „zadanie do wykonania”. Tym sposobem o 14.20 (czyli po 7 godzinach podejścia) stanęłam na szczycie. Chwilę później dołączył do mnie Marcin.

Zejście było dla mnie doskonałym szkoleniem z obsługi czekana turystycznego w wariancie przodem do stoku (noga, noga, czekan…). Nie ma godności, jest tylko przetrwanie. Na kolanach, w dół, po śniegu, lodzie, kamieniach. Byle bezpiecznie.

sławkowski szczyt
A słońce było coraz niżej…

Wiedzieliśmy, że tą trasą, którą weszliśmy nie damy rady zejść. Szukaliśmy więc racjonalnego obejścia, robiło się coraz ciemniej. Chyba nie do opisania jest radość, którą odczułam kiedy po zachodzie słońca trafiłam na własne ślady. Do tego momentu nie byłam pewna, czy w ogóle trafimy do domu. A tak to latarka na głowę, po kolana w śniegu i powoli, rytmicznie – dziab, dziab w dół.

Sławek nas nie pokonał. Walczył do samego końca, ale padł pod naporem naszej upartości. Mogę powiedzieć, że w nagrodę dostaliśmy bajkowe widoki i „zdjęcia życia”, ale to nie jest najważniejsze. Moją nagrodą zawsze jest fakt, że nie odpuszczam. To droga i walka człowieka z samym sobą jest tutaj najważniejsza. Bez tego góra byłaby tylko górą, a wejście na szczyt tylko kolejnym nudnym dniem z życia. Nigdy żadna górska akcja tyle mnie jeszcze nie nauczyła. 12 godzin – tyle minęło od wyjścia na szlak do powrotu do samochodu. 12 godzin trudnych decyzji. 12 godzin nowego doświadczenia. A w tych 12 godzinach tylko chwila na świętowanie sukcesu na szczycie.

Leave A Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *