Podsumowanie 2016

Ledwo 3 tygodnie temu cały internet huczał od patetycznych podsumowań roku 2016, dumnych postanowień na 2017. Niektórzy ambitnie pisali że teraz wszystko będzie lepiej, inni ostrzegali, że przecież postanowienia noworoczne umierają średnio po miesiącu.

Kiedy byłam jeszcze dzieckiem z podnieceniem czekałam na ten moment – chyba głównie ze względu na fajerwerki, na które gapiłam się z zafascynowaniem przez okno o północy. Z biegiem czasu coraz bardziej denerwowały mnie sztuczne imprezy sylwestrowe – bo przecież WSZYSCY muszą wtedy świętować, więc prawdopodobieństwo że impreza wyjdzie przeciętnie albo słabo było bardzo duże, a oczekiwania przecież tak ogromne – toż to pierwszy dzień roku!

I wiecie co? Był sobie 31 grudnia 2016 i nagle stał się 1 stycznia 2017… i nic się nie zmieniło. Nie obudziłam się szczuplejsza, wyższa, bardziej zmotywowana, lepsza, gorsza. Mija już trzeci tydzień tego nowego roku i poza tłumami na panelu (bo wszyscy wracają do sportu) nie widzę większej różnicy. Może sesja jest coraz bliżej i już straszy mnie swoimi wielkimi pazurami… ale jako że czas płynie nieustannie to zbliża się też wiosna i lato, na które zawsze tak bardzo czekam.

Ale wiecie co jest fajne w tej zmianie daty? Celowo bądź nie, ale pisze się tu nowa historia. Niby jest po prostu kontynuacją starej, ale jest trochę inna, świeższa, jakby pisana w nowym zeszycie. Daje pole do popisu, nie jest niczym skażona i nie niesie za sobą żadnego ciężaru. Po prostu jest, wystartowała. Teraz mogę nią pokierować tylko tak, żeby była jeszcze bardziej intensywna od tej poprzedniej – a poprzeczka stoi naprawdę wysoko. Wybrałam szczęście jako sposób na życie i znajduję je we wszystkim co robię, co mnie spotyka. Teraz będę robić to samo, tylko mocniej, bardziej i z większym doświadczeniem na karku.

Szkoda byłoby nie podsumować tego, co było „w poprzednim odcinku”. Z każdego roku zbieram kilkadziesiąt najlepszych zdjęć i chwil, które są układanką tego, co się u mnie działo. A więc proszę bardzo – przed wami krótkie podsumowanie 2016, a historia toczy się dalej…

Zaczęłam od jednego z najulubieńszych miejsc na świecie – Chatki Pod Niemcową w Beskidzie Sądeckim…
Nie minął tydzień jak walczyłam o życie bez raków na śliskiej Królowej Beskidów
Byłam w Karkonoszach, chociaż nie można powiedzieć, że je widziałam… Zima stulecia zastała nas w marcu, a wzdłuż naszej trasy biegł ultramaraton karkonoski…
Trafiłam na pierwsze w życiu zawody boulderowe…
A potem zaczęłam sezon na wspinanie w skałach…
I pływanie Smoczą Łodzią po Wiśle w Krakowie
Spałam w Szklanym Zamku… którego już niestety nie ma
Jeździłam rowerem po Jurze
Brnęłam w bagnie po kolana…
Zajechałam do Adlitzgraben
Bawiłam się w arborystę na drzewie w lesie
Żonglowałam 🙂
Też w lesie 🙂
Spędziłam najbardziej chillowe kilka dni na festiwalu w Ostródzie.

Wędrowałam sama po Bieszczadach.
Mokłam… nie raz 🙂
Ale głównie to się wspinałam
Dojechałam też na kraniec Europy, żeby tam żonglować o wschodzie słońca
Śpiewałam z nowo poznanymi Francuzami na ulicach Nicei
Spałam w dziwnych miejscach
Upiekłam pizzę na ognisku
Przypomniałam sobie jak wygląda polskie morze
Wypiłam herbatę o wschodzie słońca na Giewoncie
I na zakończenie nauczyłam się jeździć na nartach…

To są małe kawałki chwil… a rok to przecież tysiące godzin, z których każda coś wniosła. Śmiałam się, płakałam, przeżywałam najróżniejsze emocje. Cały ten rok to kalejdoskop zdarzeń i ludzi, którzy pojawili się i zniknęli, albo zostali na dłużej. To wielkie zmiany, to miłość i nienawiść. To tysiące kilometrów, pokonanych wszelkimi dostępnymi środkami transportu. To ból w mięśniach, skóra zdarta do krwi, radość trudnych zwycięstw. To próby i błędy. Sukcesy i nauczki na przyszłość.

I nic się nie zmieniło. Życie toczy się dalej, po prostu mam nowe historie do napisania przed sobą. I jedynym moim postanowieniem, a raczej życzeniem dla siebie i wszystkich moich bliskich jest „nie przestawać”.

Leave A Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *