Zapraszam na drugą część informacji praktycznych o szlaku Peaks of the Balkans – w poprzednim wpisie mówiłam o tym jak się w ogóle dostać na miejsce i gdzie można spać. Poniżej więcej szczegółów logistycznych trekkingu.

Co jeść?

obiad na szlaku
Trekkingowy foodporn na szlaku…

Kiedy planowałam jedzenie na trekking nie do końca wierzyłam w opisy z internetu, które mówiły, że na trasie nie znajdziemy żadnego sklepu i nie uzupełnimy zapasów jedzenia. Mimo to kupiłyśmy z dziewczynami strategiczny zapas liofilizatów, który jak się później okazało, stał się podstawą naszego wyżywienia.

Szlak Peaks of the Balkans nie jest zaprojektowany na budżetowy trekking – codziennie wieczorem zachodzimy do wioski, w której czeka na nas gościnny guesthouse z suto zastawionym stołem i świeżo wypraną pościelą. A ta przyjemność kosztuje nas jedyne 25 euro za osobę.

Czyli jedzenie jest, ale bardzo drogie (w stosunku do cen w innych częściach kraju). Na szlaku często spotkamy „bar cafe” – chatkę zbitą z kilku desek, w której kupimy turecką kawę, gazowane napoje i może jakieś przekąski. Możemy też skorzystać z obiadu w guesthousach – cena takiego posiłku to około 5-10 euro. Warto się też dopytać co kupujemy – czasem obiad z mięsem jest trochę droższy.

Absolutnie warto chociaż raz wybrać się na prawdziwą bałkańską kolację. Na stole znajdziemy jakieś pieczone/duszone mięso (często baraninę), pieczone ziemniaczki albo frytki, mnóstwo warzyw i serów (głównie owczych i kozich). Z całego serca polecam pieczone słodkie papryki, są one obecnie na liście moich ulubionych potraw – zachwycają prostotą i doskonałością efektu końcowego.

Na szlaku naprawdę nie ma sklepów. Małe zakupy zrobimy w Theth i Valbonie (znajdziemy tam głównie słodycze i piwo), a większe jedynie w Plav. Możemy też pytać lokalnych gospodarzy o prowiant na drogę – w Doberdolu za 5 euro kupiłyśmy 6 bułek, 6 kawałków sera i garść oliwek. W Kosowie (Reke e Allages) za 10 euro dostałyśmy kilogram sera, 2 duże bułki na osobę i sporą porcję warzyw (pomidory i ogórki).

Musimy liczyć się z tym, że nie kupimy raczej składników na typowy turystyczny obiad. Jeżeli chcemy gotować na własną rękę to pozostaje nam dźwiganie suchego prowiantu i puszek, albo liofilizatów.

Mapa problema, czyli jak się nie zgubić?

Przed trekkingiem kupiłam laminowaną mapę Gór Przeklętych wydawnictwa TerraQuest. Jest ona całkiem nowa (wydana w 2017 roku), ale niestety nie obejmuje terytorium Kosowa.

Niestety nie było już czasu na zamówienie oficjalnej mapy Peaks of the Balkans, ale udało nam się kupić ją w małej przydrożnej księgarni w Shkodrze. Nie jest może najnowsza i od jej powstania zmieniło się sporo dróg, wyrosły nowe wioski i poprawiła się infrastruktura dla turystów, ale zdecydowanie warto ją mieć. Znajdziemy w niej dokładne opisy każdego dnia trekkingu z wykresem z przewyższeniami i opisem czasu przejść, które zdecydowanie ułatwiają nawigację.

Mimo posiadania dwóch map i całkiem dobrej orientacji w terenie – szlak niejednokrotnie nas zaskoczył i GPS okazał się niezbędny. Z oficjalnej strony szlaku można ściągnąć ślad poszczególnych dni do wgrania na nasze urządzenie. W wielu miejscach (szczególnie w Kosowie) mogłyśmy kierować się tylko GPSem.

oznaczenie szlaku
Drogowskaz na Rugova.

Często szlak w niewidocznym miejscu skręca z oczywistej drogi na wąską ścieżkę – niejednokrotnie nawet nie jest to ścieżka, a musimy wiedzieć, w którym miejscu po prostu odbić w pole. Oznaczenia nie pojawiają się zbyt często, czasami są zniszczone albo przekręcone. Dodatkowo nie mamy tutaj kolorystycznego rozróżnienia szlaków – wszystkie oznaczone są kolorem czerwonym. Idąc za znakami nie musimy więc wcale być na swoim szlaku – może to być ścieżka prowadząca w zupełnie innym kierunku. Nie uważam jednak, żeby nawigacja na Peaks of the Balkans była kosmicznie trudna.

No English – jak się dogadać?

spotkanie z lokalnym gospodarzem
Po drodze często zaczepiają nas lokalni mieszkańcy.

Na miejscu możemy się wiele razy zaskoczyć językowo. Pierwsze zaskoczenie to że nikt za dobrze nie mówi po angielsku – z wyjątkiem dzieci, które uczą się tego języka w szkole.

Drugie to takie, że lokalsi całkiem dobrze mówią po włosku. Dlaczego? Okazuje się, że w Albanii odbiera włoska telewizja. Starsze pokolenie rozumie więc ten język dzięki telenowelom.

Zaskoczenie, które może nie dotyczyło mnie, ale moje towarzyszki były bardzo zdziwione – pa ruski też się nie dogadamy 🙂 Serbski, który spotkamy na Bałkanach jest bardziej podobny do polskiego niż do rosyjskiego. A albański to w ogóle język z kosmosu, niepodobny zupełnie do niczego.

I najważniejsza umiejętność na szlaku – kilka słów po niemiecku. Warto znać coś więcej niż „guten morgen”, ponieważ największa grupa turystów, przybywająca od lat w góry Prokletije to Niemcy. Specjalnie dla nich właściciele guesthousów uczą się tego języka i zwykle jest to jedyny język obcy, którym „jako tako” władają. My o tym niestety nie wiedziałyśmy i musiałam z zakamarków pamięci wydobyć takie słowa jak „essen” (jeść) i „kase” (ser). Lata nauki w gimnazjum oczywiście poszły w las. Kilka razy uratowała mnie też znajomość francuskiego.

Tak naprawdę to gdybym jeszcze raz szła na ten trekking, przygotowałabym sobie podstawowe zwroty po albańsku. Jest to właściwie jedyny język, co do którego możemy być pewni że wszyscy nas zrozumieją. Język albański sam dla siebie jest grupą językową, więc nie jest podobny do żadnego ze znanych nam języków, bez przygotowania nie zrozumiemy ani słowa.

Permity na przekraczanie granicy

Kraje bałkańskie niestety nie są w Schengen i przekraczanie granicy przez góry teoretycznie wymaga permitu od straży granicznej poszczególnych państw. Mówię teoretycznie, ponieważ w praktyce nie widziałyśmy, żeby ktoś je sprawdzał. 

Zgodnie z prawem musimy posiadać permit od kraju, który opuszczamy. Czyli przechodząc przez granicę Albania-Kosowo, potrzebujemy karteczki od albańskiej straży granicznej. Jak to jest więc z poszczególnymi zgodami?

  1. Albania – Kosowo
    Historię zdobywania tego permitu opisałam na moim fanpage na facebooku. Kiedy w końcu dotarłyśmy do właściwego posterunku (w Valbonie) pan powiedział do nas: „Albania-Kosovo no problem! no permit!”.  W internecie mówili co innego, ale to już nie nasz problem 🙂
  2. Kosowo – Czarnogóra
    Tutaj z pomocą przychodzi sympatyczny policjant z Kosowa, który odpisuje na maile i wszystko można z nim załatwić w kilka dni. Wystarczy napisać na adres pashuk.pepaj@kosovopolice.com w sprawie permitu – pan zna język angielski, wysyła nam formularz do wypełnienia i błyskawicznie załatwiamy dokument, którego i tak nikt nie sprawdzi.
  3. Czarnogóra – Albania
    Tutaj sprawa jest łatwa, ale płatna – musimy udać się do placówki straży granicznej w Plav, zapłacić 11 euro i wychodzimy z gotowym permitem.

Bezpieczeństwo

Jeśli chodzi o bezpieczeństwo w górach – przed wyjazdem nawiązałam kontakt z czarnogórskimi przewodnikami, którzy udzielili mi istotnej rady – „try to avoid accidents”.

W Górach Przeklętych nie spotkamy GOPRu, żaden helikopter nie odwiezie nas bezpiecznie do szpitala ze złamaną nogą.

Po czarnogórskiej stronie są jakieś ochotnicze grupy, ale nie wiem niestety jak skutecznie działają i jakie są ich możliwości. W Albanii i Kosowie musimy liczyć się z tym, że jesteśmy skazani sami na siebie i wszystkie ewentualne wypadki trzeba „wziąć na klatę”.

góry prokletije, na szlaku peaks of the balkans

Na szlaku też ciężko o zasięg telefonów komórkowych. Może się zdarzyć, że przez kilka dni nie będziemy mieć łączności ze światem. Sama nie wiem, czy zaliczać to do plusów, czy też do minusów takiego wędrowania, bo poczucie całkowitej izolacji od cywilizacji ma też swój klimat.

Podczas trekkingu nie widziałam prawie żadnych dzikich zwierząt. W większości spałyśmy poza wioskami, na otwartym terenie lub w lesie. Warto jedynie uważać na żmije, które często wygrzewają się w słonku. Ja przez cały tydzień widziałam tylko jedną, ale jak wiadomo – przezorny zawsze ubezpieczony.

Ile to wszystko kosztuje?

Za przejazd tam i z powrotem zapłaciłam około 250zł – do Podgoricy leciałam Wizzairem, a do Polski wróciłam samochodem z chłopakami, którzy w tym czasie mierzyli się z ogromną ścianą Maja Harapit.

Jedzenie i inne wydatki na szlaku to kwestia bardzo indywidualna – my na jedzenie wydałyśmy około 30 euro/osobę na różne zakupy i posiłki po drodze. Trzeba też wziąć pod uwagę, że przed wyjazdem kupiłam liofilizaty, które kosztowały około 130zł na osobę.

Jak już mówiłam noclegi w wersji lux – z łóżkiem i wyżywieniem to koszt 25 euro za noc. Za rozbicie namiotu zapłacimy o wiele mniej – już od 2 euro za namiot, albo za osobę. Albo 5 euro za namiot. Z każdym gospodarzem negocjujemy tą kwotę inaczej.

Podsumowując – cały trekking Peaks of the Balkans kosztował mnie około 500zł. To bardzo mało jak na to, ile można przeżyć po drodze 🙂

wodospad Grunas
Wodospad Grunas w Theth

Leave A Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *