Tanie loty i nadchodząca wiosna wyrzuciły mnie na weekend do Holandii. Zapraszam na krótki, subiektywny przegląd 10 rzeczy i miejsc, których doświadczyłam w tym małym państwie w ciągu 3 dni.

Ogólne wrażenie

Holandia to kraj idealny, wymierzony od linijki. Od lat jego obywatele walczą z wodą i widać, że opanowali to do perfekcji. Wszędzie znajdziemy głębokie kanały, połączone ze sobą milionem mostów, których siatka tnie Holandię na małe kawałki.

Holendrzy to starzejące się społeczeństwo – w supermarketach i mniej turystycznych miejscach średnia wieku plasuje się powyżej 50 (a może i nawet wyżej). Są też wysocy, dlatego wszędzie czułam się jak dziecko w świecie dorosłych.

No i ceny – Holandia dla turysty z Polski jest bardzo droga. Jedzenie w supermarketach może jeszcze można przeżyć, ale transport publiczny to bolesny cios dla portfela. Średnio za każdy przejechany kilometr musimy zapłacić minimum 1 euro. Czyli za 15-minutową przejażdżkę busem wykosztujemy się tyle samo, co za trasę Kraków-Warszawa. Plusem za to jest doskonałość tej komunikacji – sieć autobusów jest bardzo gęsta i jeżdżą one często. Odległości na szczęście nie są duże, więc można bardzo łatwo i szybko przemieszczać się między miastami.

1. Amsterdam

Pierwszy na liście i oczywiście w planie naszej wycieczki jest Amsterdam. Chyba każdy o nim słyszał, żeglarze śpiewają o nim szanty, a głodni rozrywki turyści traktują go jak europejskie Las Vegas.

Amsterdam jest dokładnie taki, jakiego go sobie wyobrażamy – piękne budynki, kanały, rowery i wszechobecna impreza. Znajdziemy tu dzielnicę czerwonych latarni, mnóstwo klubów LGBT, coffeeshopów. Dla osób, które chcą zaszaleć, będzie to idealna miejscówka na spędzenie (nie)zapomnianych kilku dni. Ceny w Amsterdamie bywają kosmiczne, jak to na duże i popularne miasto przystało. Podobno w sezonie jest jeszcze więcej ludzi, ale już teraz brodziliśmy w tłumie. Uwaga, bo przy kanałach bardzo wieje i można zmarznąć.

2. Utrecht

Do Utrechtu trafiliśmy przypadkiem, ale to właśnie on skradł moje serce. Przez cały dzień włóczenia się po mieście nie przestałam wydawać z siebie odgłosów „łoo”, „ale tu jest pięknie!”. Moim zdaniem miasto o wiele piękniejsze od Amsterdamu, a na pewno mniej turystyczne. Kierowca, który nas tu przywiózł powiedział, że jest to głównie miasto studentów i faktycznie, większość napotkanych osób to ludzie młodzi.

Można tu odpocząć przy kanałach, wzdłuż których znajdziemy zabytkowe alejki z wejściami do piwniczek. Bliżej centrum znajdziemy w nich kawiarnie, restauracje i inne usługi. My widzieliśmy też starszego pana, który rzeźbił w drewnie.

3. Haga

Miasto to jest siedzibą holenderskiego parlamentu. Na pierwszy rzut oka wydaje się bardziej nowoczesne, pełne szklanych biurowców. Włócząc się po przedmieściach trafimy też na idealne rządki idealnych dwupiętrowych, wąskich domków, ogrodzonych idealnie przyciętymi żywopłotami. Perfekcję widać na każdym kroku.

4. Eindhoven

Tu się przylatuje i ląduje. Miasto jak każde inne, ale nie można spać na lotnisku (dworzec też jest zamykany na noc). Włóczyliśmy się zatem po centrum przez pół nocy (można trafić na sporo klubowych imprez), a drugie pół maszerowaliśmy na lotnisko (bo po co czekać na pierwszego busa, skoro można sobie zrobić 6-kilometrowy spacer).

5. Morze Północne

Na pierwszą noc zarezerwowałam dla nas hostel, położony przy samej plaży nad Morzem Północnym. Bardzo polecam miejscówkę (Flying Pig Beach Hostel) – co najważniejsze, za 4 euro mamy transfer z centrum Amsterdamu, a ceny noclegów są około trzykrotnie niższe niż w mieście, do tego mamy bardzo fajny backpackerski klimat i śniadanie w cenie.

Rano przeszliśmy się na plażę i muszę przyznać – wygląda dokładnie tak, jak wszystkie zimne morza. Szeroka, piaszczysta plaża, specyficzna roślinność i morska bryza. Latem sporo osób przyjeżdża do tego miasteczka poplażować, myślę że taki urlop byłby bardzo podobny do tego nad Bałtykiem.

6. Keukenhof

Czyli oficjalny cel naszej wyprawy. W końcu podróżowałam z trójką zawodowych ogrodników. Otwarcie było 21 marca, my pojawiliśmy się tam dzień później. Holandia bowiem słynie z roślin cebulowych.

tulipan keukenhof holandia
Holandia słynie z pięknych tulipanów

Fantastyczne miejsce, ale zdecydowanie lepiej je odwiedzić w połowie kwietnia, bo teraz większość tulipanów jeszcze nie kwitnie. Ba, niektóre nawet nie wystawiły zielonego łba z ziemi. Honor miejsca uratowały przepiękne wystawy kwiatów w szklarniach (w tym moje ukochane storczyki) i donice postawione w alejkach. Co roku ogród ma inny motyw przewodni, w tym trafiła nam się szeroko pojęta miłość i romantyczność. Można sobie zrobić fotkę w różnych zaaranżowanych sceneriach.

Powierzchnia ogrodu to 32 hektary, nam udało się okrążyć cały teren, ale jeżeli chcielibyśmy zatrzymywać się dłużej na oglądanie kwiatów (których jeszcze nie było) to jeden dzień by nie wystarczył. Cena jednodniowej wejściówki kupionej przez internet to około 80zł.

7. Ser

Jak każdy kraj ma swoje typowe jedzenie, tak Holandia ma wszechobecne sery. W ogóle Holendrzy są narodem jedzącym najwięcej nabiału. Widać to też w sklepach. Są specjalne saloniki z lokalnymi serami dla turystów, gdzie można również załapać się na degustację, ale większość serów można też kupić w supermarkecie.

Jak na prawdziwe cebulactwo przystało, wybraliśmy opcję budżetową i zorganizowaliśmy sobie wieczór serów i wina z marketu. Wybraliśmy zestaw kilku ciekawych przypadków i zasiedliśmy do degustacji. W nasze ręce wpadły:

  • Noord Hollandse kass 60+ – chyba najbardziej przepotężnie intensywny w smaku ser, jaki w życiu jadłam! Jest tak twardy, że miejscami aż chrupie w zębach (serio!). Jako obiekt degustacji rewelacja, ale Holendrzy kładą go sobie na kanapki i tego już zupełnie nie mogę sobie wyobrazić. Zdecydowanie polecam spróbować, bo wrażenia zostają na długo. Jak podpowiada mi internet jest to tradycyjny ser północnej Holandii i jest chronionym produktem regionalnym.
  • Brie – ser znany nam z supermarketów. W holenderskiej wersji może troszkę bardziej kremowy, tłusty i intensywny w smaku od tych które znajdziemy u nas, jednak nadal zachowuje swoją delikatność.
  • Fourme d’Ambert – ser bardzo pleśniowy. Jest tak spleśniały, że można stwierdzić, że wygląda nieapetycznie. Jeśli chodzi o smak, dostajemy tutaj bardzo intensywnie pleśniowy, miękki ser o ostrym smaku.
  • Saint Paulin – miękki, kremowy ser o zdecydowanie łagodniejszym smaku. Przyjemnie przegryzało się nim te intensywne petardy.

Na każdym holenderskim serze można znaleźć oznaczenia liczbowe (np 60+). Nie jest to bynajmniej granica wieku, od której ser zaczyna smakować, a oznaczenie mnimalnej procentowej zawartości tłuszczu. Im tłustszy ser tym (ponoć) smaczniejszy.

8. Rowery

Powiedzieć że Holandia jest państwem rowerów to za mało. One są wszechobecne. Są jak pleśń, porastająca kanapkę zostawioną na miesiąc w plecaku. Pokrywają każdy płotek, murek, są przypięte do wszystkich słupów i barierek. Co chwila trafiamy na zorganizowane parkingi rowerowe, również wielopiętrowe. Ja osobiście nigdy nie widziałam tylu jednośladów w jednym miejscu. Rowery małe, duże, stare, nowe, kolorowe, drewniane… widzieliśmy również rowery dla niepełnosprawnych (do pedałowania rękami). W każdym mieście trafimy na sklep rowerowy.

Rowerzyści w tym państwie mają bezwzględne pierwszeństwo. Jeżdżą ulicami, ścieżkami rowerowymi i chodnikami. Trzeba mieć oczy dookoła głowy, żeby nie wpaść pod koła. Cała Holandia jest skomunikowana ścieżkami rowerowymi – mam wrażenie, że jest ich więcej niż zwykłych dróg dla samochodów.

Następnym razem na pewno wypożyczę rower i zrezygnuję z komunikacji publicznej, bo odległości są bardzo małe, a kraj jest przecież płaski, więc pedałowanie to sama przyjemność.

9. Budynki

Wszystkie budynki tego małego państewka mogłyby znaleźć się na pocztówce. Zarówno duże miasta, przedmieścia, jak i małe wioski są estetycznie zbudowane z małych cegiełek i bardzo zadbane. Nie ma tu miejsca na bałagan, brud. W lokalach dopracowany jest każdy detal – figurki, dekoracje, meble i piękne rośliny. Jedynym, co mnie zdziwiło jest położenie okien. W normalnym budynku mieszkalnym mamy ogromne okna, na wysokości przeciętnej witryny sklepowej. Każdy przechodzień może zajrzeć (nawet niechcący) do prywatnego domu i swoim wzrokiem naruszyć prywatność mieszkańców. Większość domów ma zasłonięte okna, niektóre mają po prostu mleczne szyby.

10. Autostop

No i oczywiście kwestia autostopu, której nie mogło zabraknąć w takim zestawieniu.

Z racji braku planów postanowiliśmy jeden dzień przeznaczyć na przedostanie się autostopem. Do przejechania mieliśmy szalone 50 (!) kilometrów. W przeciętnym stopowym życiu jest to już odległość kosmetyczna, takie „no już właściwie jesteśmy na miejscu”. Nie tutaj. Po próbach walki na stacji benzynowej ustawiliśmy się idealnie pod zakazem bycia człowiekiem. Już po kilku minutach pouczała nas policja (kulturalnie, bez żadnych mandatów, generalnie autostop nie jest zabroniony, po prostu takie mieliśmy miejsce).

Holandia nie ma dróg, które nie są autostradami, więc zwykłe łapanie „gdziekolwiek” nie wchodzi w grę. Jedyną szansą są stacje benzynowe, ale tam wcale nie jest łatwiej. Holendrzy traktują swoje auta jak mieszkania – zapraszając autostopowiczów wpuszczają ich do swojej prywatności. Średnia wieku społeczeństwa nie ułatwia sprawy.

Po godzinie stania, zaryzykowaliśmy jeszcze raz ustawienie się pod znakiem i jakimś cudem kilka minut później już byliśmy w drodze. Kierowca powiedział nam, że sam autostopował dużo w młodości, że kiedyś w Holandii na każdej autostradzie były specjalne zatoczki do łapania stopa, ale dzisiaj to już przeszłość i właściwie nikt się już nie porusza stopem. Druga połowa ekipy nie miała tego szczęścia i po 4 godzinach machania, zrezygnowani poszli na pociąg.

Autostop w Holandii? Nie polecam. Już lepiej iść pieszo.

A sama Holandia? Zdecydowanie trzeba to zobaczyć na własne oczy.

Leave A Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *