O Gruzji myślałam już od bardzo dawna, a odkąd dowiedziałam się o Gudauri szukałam tylko okazji, żeby zorganizować narciarski wypad na Kaukaz. Pod wpływem impulsu, siedząc gdzieś pod Maja Arapit w wiosce Theth po zakończeniu trekkingu szlakiem Peaks of the Balkans, kupiłam dwa bilety do Kutaisi, które miały być prezentem urodzinowym dla Tomasza. Dołącza do nas jeszcze nasza przyjaciółka Anka – którą mogę śmiało nazwać kolekcjonerką przygód 🙂

Dopiero później zaczęłam czytać o sezonie narciarskim w Gruzji i wtedy zaczęły się schody.

Sezon narciarski na Kaukazie

Po wymianie kilkunastu maili z hostelem Happy Yeti w Gudauri oraz z kilkoma ośrodkami narciarskimi na terenie całej Gruzji, okazało się, że w tym roku sezon otworzy się dopiero 7 dni po naszym przylocie. Czy jakiekolwiek wyciągi będą jeździły wcześniej? Nie wiadomo.

Zostałam mistrzem translatora google i gruzińskich robaczków, na bieżąco śledziłam sytuację śniegową przed naszym przylotem. W Gudauri warun marzenie, powder days, naturalny śnieg na stokach, ale Gruzini nie wpadli na pomysł, że można zacząć zarabiać na wyciągach wcześniej niż w drugiej połowie grudnia. Ot co. W naszej kochanej ojczyźnie nawet jak nie ma śniegu to armatki zasuwają na pełen etat, a do orczyków już w listopadzie ustawiają się długie kolejki.

Gudauri stok narciarski
Po południu będziemy zjeżdżać w stronę zachodzącego słońca…

Więc drogi czytelniku, zapamiętaj sobie: do Gruzji na narty wybierz się najlepiej dopiero pod koniec grudnia, a najbezpieczniej celować w terminy od początku stycznia.

Mimo przeciwności losu bilety przecież nie mogą się zmarnować – pakujemy szpej narciarski i meldujemy się na lotnisku w Katowicach. Tomasz zabrał swoje błyszczące nowością skitury (ale foki gdzieś zaginęły podczas przeprowadzki), ja ruszyłam z przekonaniem, że na miejscu na pewno uda się coś wypożyczyć (przecież to mekka freeridu!).

Jak dojechać do Gudauri?

A, zapomniałam wspomnieć o jednej rzeczy – nikt z nas nie znał ani słowa po rosyjsku. Okazało się więc, że jako anglojęzyczni turyści w Gruzji jesteśmy łakomym kąskiem dla „taksówkarzy” i naciągaczy. Od momentu wyjścia z samolotu rzuca się (dosłownie) na nas banda „bardzo pomocnych” Gruzinów, którzy za jedyne „najtaniej” chętnie podwiozą nas wszędzie, gdzie tylko chcemy. Po chłodnej kalkulacji okazuje się, że marszrutka w to samo miejsce kosztuje kilkakrotnie mniej.

Pierwszy wieczór po przylocie spędzamy w Kutaisi, a cały następny dzień to przygodowa przeprawa przez całą Gruzję do Gudauri. Nie było najtaniej, ale za to mogliśmy na własnej skórze doświadczyć realiów podróżowania komunikacją po tym urokliwym kraju. Kupiliśmy też po drodze największą rzodkiewkę jaką w życiu widziałam, churchele, czyli gruzińskie słodycze (o tym za chwilkę) i butlę lokalnego wina od jednego z taksówkarzy. Spróbowaliśmy też różnorodnych chaczapuri.

W drogę powrotną na lotnisko wybieramy się już z georgianbus – bardzo tania i „europejska” opcja transportu. Niestety przed oficjalnym sezonem narciarskim nie mogliśmy skorzystać z ich usług.

Kutaisi, Gruzja
Wieczorny spacer po moście w Kutaisi

Jak jeżdżą Gruzini?

Jak szaleni! Na trzypasmowej ulicy spokojnie mieści się 5-6 aut, wyprzedzanie na trzeciego na zakrętach to norma. Autokarem wyprzedzać karetkę na sygnale? Żaden problem! Marszrutka, którą jechaliśmy zatrzymywała się co kilkanaście-kilkadziesiąt kilometrów. Ktoś wysiadał, wracał po chwili z wielkim plackiem chaczapuri, albo innymi zakupami i ruszaliśmy dalej.

Tomasz jak tylko wsiadaliśmy do samochodu, profilaktycznie zasypiał, żeby oszczędzić sobie nerwów. Ja po prostu powtarzałam w głowie jak mantrę „kierowca też nie chce zginąć” – zawsze podtrzymuje mnie to na duchu w takich przygodowych przejazdach.

Na ulicach Gruzji spotkamy wiele poturbowanych samochodów, które wedle naszych standardów już chyba dekadę temu nie przeszłyby przeglądu technicznego. Jest też sporo samochodów „anglików” – z kierownicą po prawej stronie. Są po prostu tańsze.

Gruzja to stan umysłu

Na miejscu dowiadujemy się, że w Gruzji wszystko można załatwić bez problemu – nie wiadomo tylko czy będzie to za 15 minut czy za 2 tygodnie.

Właściciel hostelu, w którym się zatrzymujemy pomaga nam wypożyczyć skitury. Pół dnia jeżdżenia po różnych ludziach i oto są – moje cudowne nartki 184cm długości, 114mm pod butem i na oko 5kg wagi każda. Toporne, szynowe wiązanie, do tego moje buty zjazdowe i możemy ruszać pod górę!

Podobno po kaukaskim puchu można pojechać tylko na takich deskach…

Po pierwszej godzinie włóczenia się z nartami dłuższymi od mojego faceta, cięższymi od całego mojego bagażu który przywiozłam ze sobą na ten wyjazd czuję się jakby mi zaraz miały odpaść nogi. Odpuszczam. Następnego dnia biorę już normalnej długości narty zjazdowe (wypożyczone z hostelu), przypinam do plecaka i w moich nieśmiertelnych śniegowcach prę do góry. W ten sposób zdobywamy Kudebi o wysokości 3000m n.p.m.

Czwartego dnia naszej wycieczki Anka niefortunnie robi sobie coś w kolano. Od razu jedziemy do lokalnej „przychodni”, gdzie po raz kolejny z pomocą przychodzi nam nasz gospodarz – podwozi nas na miejsce i dogaduje się z medykami. Przychodnia to blaszany bunkier, w którym jest kilka łóżek i ręcznie obsługiwany rentgen. Ania dostaje zastrzyki z diklofenaku i polecenie nie ruszania się przez najbliższy czas. Kilka dni później odbieramy dokumentację medyczną, skrupulatnie spisaną gruzińskimi robaczkami, z której miła pani kelnerka z restauracji wyczytała, że Anka ma „brak patologicznych zmian w kościach ręki lewej”. Przynajmniej tyle dobrego!

Kiedy ruszyły wyciągi

Ania już była uziemiona w hostelu – mogła do woli raczyć się gruzińskimi winami i czaczą, a my z Tomaszkiem ruszyliśmy na stok.

Jakże miłą niespodzianką było to, że w dniu otwarcia wszyscy jeździliśmy za darmo. Stoki w Gudauri są doskonale przygotowane, uwielbiam jeździć po naturalnym śniegu, codziennie ratrakowanym na piękny sztruksik. Poza weekendem sztruks na mniej uczęszczanych trasach utrzymuje się nawet do popołudnia! Nie spotkamy tu też wielu początkujących narciarzy. Widoki zapierają dech w piersiach! Dookoła nas mamy piękne kaukaskie szczyty i lodowce. Jazda w takiej scenerii to sama przyjemność.

Problemem są jedynie spacerowicze-turyści, którzy wyjeżdżają turystycznie wyciągami, a potem bez skrępowania chodzą po stokach. Podczas naszego wyjazdu było ich naprawdę dużo – często trudno było wyminąć kilkunastoosobową grupę, która postanowiła przejść gęsiego w poprzek trasy. Fenomenalnym zjawiskiem jest też kultura przy wyciągach. Przepychanki, tłumy wciskające się przez bramki do krzeseł, kilkuosobowe grupki blokujące przejście. Statystycznie na 6-osobowej kanapie zwykle siedzą 2-3 osoby, bo każdy chce jechać ze swoim kolegą, przez co na wyjazd w górę czeka się bardzo długo.

Musimy jednak liczyć się z tym, że tutaj niewiele rzeczy dzieje się zgodnie z planem. Wyciąg może i startuje o wyznaczonej godzinie, ale „ostatni wyjazd do góry o 17” zwykle odbywa się około 16, w najlepszym wypadku 16.30. I na nic zdają się kłótnie (widziałam nawet przepychanki) z obsługą krzeseł. Dla europejczyka przyzwyczajonego do alpejskich realiów może to być spore zaskoczenie.

Co w Gruzji jest najlepsze? Jedzenie!

Jako największa fanka świeżej kolendry, zakochałam się w gruzińskiej kuchni. Aromatyczne przyprawy, doskonale doprawiona baranina a do tego pyszne wino o ciemnożółtej barwie – aż ślinka mi cieknie na samo wspomnienie!

Na pierwszym miejscu moich gruzińskich smaków lądują pierożki Chinkali – małe sakiewki wypełnione mięsem i rosołkiem. Próbowaliśmy też wersji z grzybami, serem i szpinakiem. Można też znaleźć takie z ziemniakami i fasolą. Kupuje je się na sztuki, koszt jednego to około 0,6-1 lari. Odbyłam już pierwszą próbę zrobienia ich na miejscu w Polsce, myślę że za którymś razem uda mi się je odtworzyć.

pierożki chinkali - gruzja
Gruzińskie pierożki chinkali w moim wykonaniu

Następne na liście ląduje chaczapuri adżarskie – charakterystyczna łódeczka z ciasta, wypełniona rozpuszczonym serem, masełkiem i jajkiem. Przed zjedzeniem mieszamy całą zawartość, a następnie odrywamy kawałki pieczywa i maczamy w gęstym sosie.

Zaskakującą pozycją w menu jest gruziński kebap – jest to raczej szaszłyk z mielonego mięsa, opiekany na grillu. W ogóle gruzini mają swoje własne sposoby sprawiania, że mięso smakuje jak nigdy dotąd, jest miękkie i soczyste. Polecam każdemu!

No i wszechobecne chaczapuri – drożdżowe placki wypełnione serem, ziemniaczkami, pastą z fasoli albo mięsem. Fantastyczna przekąska na stok, na podróż, jako przystawka do obiadu. W piekarni kupimy też chleb lawasz, o wrzecionowatym kształcie.

Posiłek w restauracji można zjeść za około 20zł od osoby (z winem i napiwkiem). Myślę, że przy dłuższym pobycie ogromna ilość buł i pieczywa w diecie mogłaby być nużąca, ale na krótkie wypady jest w sam raz!

Gruzja nie jest krajem deserów i słodyczy. Przysmakiem tutejszym są wspomniane wcześniej churchele – nawleczone na sznurek orzechy, polane czymś w rodzaju kisielu z różnorodnych soków owocowych (głównie winogron) i ususzone. Na pierwszy rzut oka wyglądają jak świeczka, albo nietypowa zabawka erotyczna. Mimo to potwierdzamy – da się zjeść! Na straganach możemy też kupić tklapi – cieniutkie, przypominające skórę placki z suszonego soku owocowego.

Krótkie podsumowanie

Czy jeszcze kiedyś wrócę do Gruzji? Na pewno chciałabym zobaczyć ten kraj latem, powłóczyć się po dzikich górach i zaznać autostopowego życia.

Zimą myślę, że kiedyś jeszcze przyciągnie mnie freeride albo skitouring gdzieś w Swanetii albo w innym tajemniczym górskim rejonie. Gudauri zostawię sobie na przyjemny wypad za kilka lat, jak zwiedzę już wszystkie ciekawe narciarskie miejscówki w Europie.

Gudauri wschód słońca
Takie wschody słońca oglądaliśmy z okien Happy Yeti hostel 🙂

Leave A Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *