W ramach ucieczki od paskudnej, polskiej pseudozimy, w te ferie udało mi się osiągnąć kolejny wspinaczkowy cel – Hiszpania.

Costa Blanca to region, który szczególnie zimą oferuje nam przepiękne rejony skałkowe, idealny warun i doskonałe jedzenie.

Mieszkaliśmy w malowniczej miejscowości Pinet w zimnym, hiszpańskim domu (jakoś muszą chronić się przed upalnym latem). W okolicy wszędzie są pomarańcze. Na drzewach, leżą na ziemi pod drzewami, jedzą je zwierzęta (tak, świnki i byki jedzą pomarańcze). W sklepach mnóstwo pomarańczy, w barze sok pomarańczowy najlepszy na świecie i pod skałę bez pomarańczy też się nie ruszysz. Przy okazji trafiłam na okres kwitnięcia gajów migdałowych w okolicy. Drzewo migdałowe na wiosnę robi się całe różowe od kwiatków – a cała plantacja takich drzewek wygląda bardzo egzotycznie.

Doskonałe tarcie, pomarańczowa skała i zróżnicowane drogi w różnych formacjach – wszystko to znajdziemy w kilku różnych ogródkach wspinaczkowych w okolicy Walencji.

Nie pochwalę się żadnymi cudownymi osiągnięciami, poza uczciwym wspinaniem na własnym poziomie. Ale nie ma to przecież jak relaksujący pobyt w słońcu w środku paskudnej zimy.

Zrobię za to subiektywny przegląd rejonów, które udało mi się „odhaczyć”.

  1. Gandia – chyba najpopularniejsza miejscówka w okolicy. Ogromny kawał ściany, który góruje nad okolicą. Pomarańczowy wapień, który zdziera skórę, przewiesza się, wykłada i właściwie robi to wszystko, co wapień potrafi robić. Mamy tu przeogromny wybór długich dróg na każdym poziomie trudności, wszystkie sportowe, czasem trzeba wejść jeden wyciąg do góry, żeby powyżej znaleźć coś jeszcze ciekawszego. Właściwie można tam spokojnie przesiedzieć cały wyjazd i jeszcze mieć nieskończone projekty.
  2. Montesa – zupełnie inna w dotyku skała, ma bardziej strukturę „sera”, może nawet przypominać piaskowiec. Takie żółtopomarańczowe ostańce, wymywane i wywiewane przez lata. Drogi też sportowe, na bardzo różnym poziomie trudności, nie za krótkie, nie za długie. Znajdziemy tutaj nawet IV+ w okapie 🙂 Można tam spotkać kolorowe gołębie.
  3. Bellus – przyjemne wspinanie po pionie (i jakichś też przewiechach) w pięknym słonku, ze spektakularnym widokiem na Aventador po drugiej stronie doliny. Długie drogi, ostre jak brzytwa chwyty, bardziej szary wapień.
  4. Aventador – ogromna ściana, która swoją nazwę wzięła od wiatru, który prawie zawsze tam wieje i huczy. Nam się akurat udało trafić na bezwietrzny dzień i zaliczyliśmy kilka wielowyciągów. Skała bardzo podobna strukturą do Bellus – dobre, ostre chwyty, atomowe tarcie. Boczkiem po skale idzie również via ferrata, którą można dostać się na szczyt i podziwiać z niego widoki.

Relaks po wspinaniu

A po wspinie można pić lokalne wino i likier ziołowy w klimatycznym barze w Pinecie, prowadzonym przez Maruję i Jose, którzy na czas wyjazdu stali się moimi kochanymi dziadkami. Jedliśmy tapas i paellę i fiduea i nawet hiszpańskiego dzika 🙂 A na śniadanie zawsze można zamówić bocadillos z różnymi dodatkami (na przykład hiszpańską tortillą, która w niczym nie przypomina tej meksykańskiej, którą znamy z marketów) i kawę bonbon – malutką szklaneczkę espresso ze słodkim mlekiem skondensowanym. Bomba energetyczna na pół dnia.

Z Hiszpanii zapamiętam na pewno słońce, ludzką serdeczność i wszechobecny spokój. Bo siesta to najważniejsza pora dnia!

Leave A Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *