Kiedy plan urlopowy wali się na 3 dni przed wyjazdem, prognozy pogody są co najmniej pesymistyczne, a są to wasze jedyne wspólne wakacje tego lata, można zrobić dwie rzeczy:

  1. Załamać się
  2. Spakować plecaki i wystawić kciuka na jakiejś wylotówce

Wybór okazał się bardzo prosty. Jeszcze tego samego wieczora siedzieliśmy w polskim busie do Wiednia (bo skoro za 30zł można sobie skrócić drogę to czemu nie), a kilkanaście godzin później machaliśmy kciukami na wylotówce w stronę Budapesztu.

W czasie tej ekspresowej wyprawy – Bałkańskie Last Minute w 8 dni udało nam się pokonać 2500km autostopem, poznać mnóstwo wspaniałych ludzi, doświadczyć prawdziwej dobroci i doznać skrajnych emocji siedząc obok bałkańskich kierowców.

Pierwszy dzień minął nam na transferze przez Węgry. Jechaliśmy z szalonymi albańczykami, kolesiem, który wyglądał jak indianin i robił na fejsie relację na żywo z naszej podróży dla swoich znajomych, węgierskim tatuażystą i dwiema serbskimi studentkami. Wieczorem udało nam się przekroczyć granicę z Serbią i spaliśmy na stacji benzynowej na trasie.

Serbia

Drugiego dnia udało nam się przejechać kawał Serbii. Poznaliśmy między innymi wiceprezydenta jakiegoś serbskiego zadupia, który podczas kilkugodzinnej podróży opowiedział nam sporo o lokalnej gospodarce i problemach społeczeństwa. Zobaczyliśmy Belgrad, który oficjalnie uznałam za najpaskudniejsze miasto, jakie widziałam w życiu, a późnym wieczorem wylądowaliśmy w miejscowości Novi Pazar na południu kraju.

Na miejscu okazało się, że jedyny hostel w mieście jest zamknięty na cztery spusty, a luksusowy hotel, w którym pani recepcjonistka uznała nas za kupkę niechcianego brudu ma zajęte wszystkie pokoje, a ich ceny i tak zdecydowanie przewyższają nasze możliwości finansowe. Zostaliśmy sami w ciemnym, muzułmańskim, imprezowym mieście. Próbowaliśmy zapytać kogoś o drogę, poprosić o wskazówki, ale młodzi ludzie ostentacyjnie nas ignorowali, jakby bali się, że coś im zrobimy.

W końcu podeszliśmy do dwóch kolesi i zapytaliśmy o nocleg. Jeden z nich wyjątkowo przejął się naszą sytuacją i zaproponował swoje mieszkanie. Okazało się, że jest taksówkarzem i pracuje na nocnej zmianie. Nie ukrywam, że trochę się bałam, jak wprowadzał nas do budynku, który z zewnątrz wyglądał jak pustostan. Na szczęście okazało się, że na górze na prawdę jest całkiem spore, nowoczesne mieszkanie. Dostaliśmy od jego mamy ciastka i jakiś cytrynowy napój, a wieczór spędziliśmy na oglądaniu emocjonującego filmu o krokodylach-zabójcach. Rano po cichutku ulotniliśmy się na wylotówkę, nasz kolejny cel to Czarnogóra.

Czarnogóra

Trzeci dzień dostarczył mi chyba największych drogowych emocji w całym moim życiu. Nie spodziewając się niczego, wsiedliśmy do samochodu serbskich robotników, którzy za nic mieli sobie ograniczenia prędkości. I tak pruliśmy dziesięciokrotnie (!) szybciej niż sugerowały znaki drogowe. W myślach zdążyłam już pożegnać się z bliskimi i z życiem, ale na szczęście zostaliśmy wysadzeni przy drodze, kilkadziesiąt kilometrów dalej. Dość szybko udało nam się przejechać przez granicę i dotarliśmy do trochę bardziej cywilizowanej Czarnogóry.

Jak sama nazwa wskazuje, kraj ten składa się głównie z gór – zatem wszystkie drogi to kręte serpentyny, które po jednej stronie mają ścianę, a po drugiej przepaść. Trochę mi zajęło czasu, żeby się przyzwyczaić do lokalnego sposobu jeżdżenia po tych drogach (zawsze sobie wtedy myślę, że kierowca przecież też nie chce zginąć). Dojechaliśmy bez problemu do Podgoricy, a stamtąd zabrał nas sympatyczny, imprezowy Albańczyk, który na stałe mieszka w Mediolanie. Wysadził nas o zachodzie słońca przy skręcie do Theth – naszego pierwotnego celu podróży.

Albania

Całą podróż i pobyt w Theth opisałam w tym poście. Jakimś cudem udało nam się dojechać jeszcze tego samego dnia, chociaż był już środek nocy. Zasypialiśmy pod morzem gwiazd.

Tivat

Więcej Czarnogóry

Piątego dnia wyprawy, po wydostaniu się z dzikich gór, przejechaliśmy z powrotem do Czarnogóry do portowego miasta Tivat w Zatoce Kotorskiej. Tomek kilka lat temu pracował tu przez tydzień w hostelu Anton. To takie hippisowskie miejsce, gdzie każdy podróżnik z potrzebą ucieczki od świata może się zatrudnić do pomocy – siedzieć na recepcji, albo gotować. Ten jeden mały budyneczek ze wspaniałymi widokami z dachu jest jednak zupełnym przeciwieństwem reszty miasta. Mamy tutaj typową marinę dla luksusowych jachtów (bo przecież gdzieś trzeba parkować swoją furę za kilkanaście milionów), drogie restauracje, sklepy z markowymi ciuchami i budki z pamiątkami. Na próżno szukaliśmy jakiejś spokojnej knajpki, gdzie za niewielką kwotę można by było zjeść rybkę. Wieczorem usiedliśmy nad wodą i raczyliśmy się lokalnym winem tak długo, że resztę nocy pamiętam jak przez mgłę.

Chorwacja

Kolejnego dnia rano spotkaliśmy na swojej drodze fińską autostopowiczkę, która jechała w tym samym kierunku. Co chwilę spotykaliśmy się na kolejnych przystankach. Najdłużej utknęliśmy na granicy z Chorwacją, gdzie spędziliśmy chyba pół dnia i musieliśmy cały odcinek między jedną kontrolą a drugą pokonać na piechotę (a jest to kilka ładnych kilometrów). W ogóle stopowanie po Chorwacji okazało się męką. Na szczęście trafiliśmy na sympatycznego Brytyjczyka w podróży służbowej, który zajmuje się handlem bitcoinami i szczerze zachęcał nas do inwestycji (gdybym tylko miała co, to może i bym zainwestowała…) Podwiózł nas do Dubrownika i resztę dnia spędziliśmy na pływaniu w krystalicznie czystym morzu i zwiedzaniu tajemniczych zaułków miasta. A wieczorem polska rodzina podwiozła nas na plażę kilkadziesiąt kilometrów dalej, gdzie pod gołym niebem spędziliśmy noc.

Obudziliśmy się cali mokrzy od wilgoci w powietrzu. Dość szybko złapaliśmy kolejnego stopa, który podwiózł nas do Splitu. Niestety zostawił nas przy bramkach na autostradę, a Chorwaci nie do końca rozumieją ideę stopa i nikt przez kilka godzin nie chciał nas zabrać. W końcu, kiedy już prawie porzuciliśmy nadzieję, zatrzymał się koło nas słoweński tir. Pan kierowca twierdził, że jesteśmy już dziewiątą parą polskich autostopowiczów, którą przewozi w ostatnim czasie. Jako, że ostatnio miał problemy z tym, żeby przewieźć dwie osoby przez granicę, musiałam siedzieć ukryta pod bagażami na tylnej kanapie. Wysadził nas za Mariborem na stacji benzynowej.

Długa droga do domu

Ósmy dzień wyprawy to żebranie o podwózkę na stacjach benzynowych w Austrii. Niestety ten kraj nie jest zbytnio przyjazny autostopowiczom. Jakimś cudem na kolejnej stacji trafiliśmy na polską parę w Buhaj busie – transporterze przerobionym na kampera, z którymi planowaliśmy dojechać już do Polski. Niestety w okolicy Wiednia coś zaczęło szwankować i busik stanął nagle na środku autostrady przez miasto. Zaczęła się walka z czasem. Żeby nie robić problemów w przypadku przyjazdu policji (nie mieliśmy ze sobą kamizelek odblaskowych) ulotniliśmy się do centrum miasta.

Jak zaczęliśmy, tak i skończymy – z tą myślą kupiłam za grosze wieczorny bilet na czerwonego busika do Krakowa, a cały dzień spędziliśmy zwiedzając różne zabytki Wiednia.

W takich krótkich podróżach niesamowite jest uczucie, kiedy dojeżdżasz do domu i wydaje ci się, że poprzednie kilka dni to był sen. Ja z tego snu wyciągnęłam kilka życiowych nauk i doświadczeń, parę fajnych zdjęć, kilkanaście stron w pamiętniku i energię na kolejne miesiące w pracy i na uczelni. Bałkany (chociaż nie całe i nie dokładnie) zostały doliczone do miejsc, które udało mi się odwiedzić.

A moja przestroga dla świata brzmi tak: nie używajcie smartfonów za kółkiem! Nie mogę uwierzyć, jak wiele osób na południu rozprasza się telefonami podczas jazdy. Potrafią prowadząc rozmawiać (czasem przez dwa telefony jednocześnie!), robić zakupy w sklepach internetowych, oglądać filmy, nagrywać relacje na żywo, wrzucać rzeczy na fejsa… Życie mamy tylko jedno, a każde takie rozproszenie uwagi może bardzo szybko je zakończyć.

Leave A Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *