Islandia zimą jest zniewalająco piękna, ale potrafi też dopiec. Niesamowite, arktyczne kolory – wszystkie odcienie niebieskiego, od delikatnych turkusów, po ciemny granat, delikatne szarości i pomarańczowe i różowe wschody i zachody słońca. Do tego dodać czyste powietrze, przepyszną wodę i kąpiele w gorących źródłach i mamy idealny plan na relaksacyjne wakacje.

Pomimo ekstremalnych warunków pogodowych i dużych ograniczeń na drogach udało nam się zaliczyć prawie wszystkie ważniejsze atrakcje turystyczne południowo-zachodniej Islandii. Żeby zobaczyć więcej, musielibyśmy przyjechać na dłużej, wziąć ze sobą więcej sprzętu i wynająć lepsze auto, a i tak nie mielibyśmy gwarancji, czy to się uda 😉

O warunkach pogodowych na wyspie napisałam więcej tutaj.

Geysir

Na pierwszy ogień padły słynne gejzery – Geysir. Ciekawa atrakcja turystyczna, niestety bardzo zatłoczona. Ścieżki są wyraźnie zaznaczone sznureczkami i idzie się od dziury z wodą do dziury ze strzelającą wodą za małym tłumkiem azjatów.

Warto zajrzeć, żeby mieć zobaczone, ale chyba ciężko tam spędzić więcej czasu i bardziej docenić urok miejsca.  Warto dodać, że słowo gejzer ma swoje korzenie właśnie w tym miejscu. Oryginalny Geysir jednak od lat 60 jest uśpiony i uaktywnia się tylko w przypadku trzęsień ziemi.

Gulfoss

Zobaczyliśmy też wodospad Gulfoss. Zimą zamknięta jest ścieżka, którą można podejść nad brzeg wodospadu, więc pozostało nam patrzenie z góry. Robi wrażenie. Ogromne masy kotłującej się wody, w zimowej odsłonie jeszcze częściowo zamarznięte. Dodać do tego bajkowy, arktyczny krajobraz wokół i mamy już rewelacyjny pomysł na zimowy spacer. Obok wodospadu jest też super sklepik z lokalnymi pamiątkami (bardzo dobre wrażenie robi przewaga rękodzieła nad chińską tandetą).

Termy Fontana

A wieczór spędziliśmy w termach Fontana. Położone nad jeziorem Laugartvn są naturalnym spa, które czerpie wodę i energię wprost z gorących źródeł. Jezioro również ma miejsca, w których wypływa gorąca woda.

Sam ośrodek jest naprawdę wypasiony – wszystko jest estetyczne i czyste. W łazienkach mamy dostęp do organicznych, lokalnie robionych kosmetyków (żel pod prysznic, szampon i odżywka). Po wyjściu na zewnątrz możemy skorzystać z jednego z gorących basenów o różnej głębokości i temperaturze. Warto zajrzeć też do typowej, suchej sauny fińskiej, z której można wybiec bezpośrednio do jeziora (w tym zimnym miejscu). Ale największe wrażenie robią łaźnie parowe/sauny mokre, w których mamy możliwość zanurzenia się w gorącej parze, która wydobywa się wprost z ziemi pod naszymi stopami. Spod drewnianej podłogi buchają gorące kłęby, które mają lekko siarkowy zapach.

Z basenów rozciąga się piękny widok na jezioro, niestety zagrodzony metalowym płotem.

Seljalandsfoss i Skogafoss

 

Dwa słynne wodospady, do których można w łatwy sposób dostać się drogą krajową nr 1. Jeżeli nie ma mgły albo zamieci, na pewno zobaczycie je bezpośrednio z drogi. Wystarczy zjechać kawałek, żeby móc zaparkować auto i podejść bezpośrednio pod wodospad. W zimie nie ma możliwości wejścia od tyłu za Seljalandsfoss. To, czego na pewno nie doświadczycie latem, to ogromne sople lodu, zwisające ze ścian wokół i za wodospadami. Na Skogafoss można również popatrzeć od góry – prowadzi tam ścieżka ze schodkami. Ogólnie warto mieć raczki na butach, bo wszystko wokół jest oblodzone i śliskie.

Lodowiec Mýrdalsjökull

Islandia słynie z lodowców. Drugim co do wielkości jest Mýrdalsjökull. Możemy do niego dojechać, skręcając z głównej drogi (są znaki). Trzeba tylko uważać, bo droga dojazdowa pomimo częstego odśnieżania, może być średnio przejezdna, miejscami jest wąska. Z parkingu (na którym napotkamy mnóstwo zasp śniegu) czeka nas kilkuminutowy spacerek do lodowca. Ścieżka jest oczywista, chodzi nią mnóstwo ludzi. Można również skorzystać z oferty lokalnych przewodników – za „jedyne” kilkaset złotych wypożyczą nam raki, kaski i uprzęże i zaprowadzą na lodowiec. Zależnie od wybranego pakietu może być to tylko spacer, albo wejście do jaskini lodowej, a nawet wspinaczka w lodzie. Widać jest sporo chętnych na takie usługi, bo po lodowcu poruszają się całe sznureczki takich zorganizowanych wycieczek. Właśnie dzięki nim jest tam dużo wydeptanych ścieżek, na których chyba nie da się zgubić.

Minęliśmy tabliczkę, która informuje nas, że nie należy wchodzić na lodowiec bez odpowiedniego ekwipunku i doświadczenia, a najlepiej to w ogóle z przewodnikiem. Stwierdziliśmy, że ja mam alpinistyczną kurtkę, a Tomek doświadczenie, więc damy radę 😀 Przespacerowaliśmy się ewidentnymi, wydeptanymi ścieżkami, zajrzeliśmy do maleńkiej szczeliny, a mi się udało nawet polizać lodowiec 😀 Dzięki obfitym opadom śniegu z poprzednich dni nie było w ogóle ślisko, ale myślę że innego dnia na pewno by się nam przydały raki (a przynajmniej jakieś kolce na buty). Pod żadnym pozorem nie wolno też schodzić z wydeptanych ścieżek, bo nie wiadomo co się kryje pod śniegiem pół metra dalej. Pamiętajcie też, że takie wejście na lodowiec robicie na własną odpowiedzialność, żeby potem nie było że zachęcam do złego.

Niesamowite wrażenie robią czarne paski popiołu wulkanicznego, zatrzymane w czasie przez masy błękitnego lodu. O tej porze roku lód wystaje spod delikatnej pierzynki śniegu i idealnie wkomponowuje się w arktyczny krajobraz.

islandia

Gorąca rzeka Reykjadalur

Chyba największe wrażenie zrobiła na mnie nasza wyprawa nad gorącą rzekę. Trafiła nam się idealna pogoda na trekking.

Spróbowaliśmy też islandzkiego autostopa – jest to chyba najprostszy środek transportu po wyspie, jeżeli nie posiadamy samochodu. Po kilkudziesięciu sekundach łapania i dwóch podwózkach, byliśmy już na parkingu, z którego rusza szlak w niesamowicie geotermalnej okolicy.

Gdzie nie spojrzymy dookoła, widzimy buchające kłęby pary z ziemi, ze szczytów gór, z płynącej wody. Po ziemi suną małe strumyczki o temperaturze kilkunastu-kilkudziesięciu stopni. Łatwo też trafić na po prostu ciepły kawałek ziemi. Tak jak w zdjęciu na górze postu – czasami roślinki nie wiedzą, że aktualnie jest zima, bo gleba na której rosną jest wystarczająco ciepła. I w ten sposób nagle spod lodu wystaje nam całkowicie zielony placek trawy i mchu, z którego paruje woda. Wszystko oczywiście delikatnie pachnie siarką.

islandia

Przed nami 3,5km trekking po górzystym terenie. Ścieżka jest dobrze wydeptana, ale miejscami oblodzona. Widoki zapierają dech w piersiach, bo z każdego szczytu dookoła buchają kłęby pary, możemy też zobaczyć ciepły wodospad głęboko w dole, albo natrafić na źródło, w którym gotuje się wrzątek. Nie ma tutaj już takich tłumów jak przy atrakcjach typu podjedź-zrób zdjęcie-jedź dalej.

Po jakiejś godzince niespiesznego spaceru w pięknej okolicy, dochodzimy do miejsca, w którym płynie ta właściwa gorąca rzeka, która jest celem naszej wędrówki. Im wyżej pójdziemy, tym cieplejsza będzie woda. Nam się nie chciało czekać i w pierwszym możliwym miejscu zrzuciliśmy ciuchy i zamoczyliśmy się w wodzie. Przy brzegu jest też coś na kształt przebieralni (taki parawan z drewna) i schodki do wody. Nie jest głęboko, dlatego jeśli chcemy się bardziej zanurzyć to polecam pobawić się w Aksolotla, albo siąść zaraz pod progiem – wtedy dodatkowo załapujemy się na masaż od spadającej wody. Temperatura jest wystarczająco wysoka, żeby spokojnie grzać się pomimo mrozu dookoła. Wyzwanie pojawia się dopiero, gdy chcemy wyjść na brzeg i ubrać się, zanim odmarzną nam stopy.

islandia

Po kąpieli tą samą trasą wracamy do cywilizacji. W miejscowości obok można również trafić na restaurację, która gotuje ciepłem z ziemi, ale nie mieliśmy możliwości pozwolić sobie na taką przyjemność.

Kerid

Jedyna płatna atrakcja z tego zestawienia. Za obejrzenie krateru przyjdzie nam zapłacić 400 koron od osoby. Zdjęcia z okresu letniego powalają na kolana, ale wizyta w zimie to zwykły 10-minutowy spacer dookoła białej dziury w ziemi. Jeżeli przeczytamy historię tego miejsca, dowiemy się, że jest to krater po zapadniętym polu magmowym, a nie tak jak kiedyś myślano, wybuchu wulkanu. Nie zrobił niestety na mnie jakiegoś wielkiego wrażenia, chociaż można próbować sobie wyobrazić niesamowite procesy wulkaniczne, które tam kiedyś zachodziły. Zależy jaką kto ma wyobraźnię.

Þingvellir

Ten park narodowy leży na styku płyt tektonicznych północnoamerykańskiej i eurazjatyckiej. Jest to również ważne historycznie miejsce dla Islandii, gdyż w 930r (!) zebrał się tutaj pierwszy parlament, który był jedną z najstarszych takich instytucji na świecie. Były tutaj też wykonywane kary śmierci przez powieszenie.

Nam trafił się nastrojowy spacer o zachodzie słońca pomiędzy dwoma kontynentami. Zimą niestety nie wejdziemy wgłąb parku, bo niektóre szlaki są całkowicie zasypane i zamknięte, ale park i tak robi wrażenie.

islandia

1 Comments

  1. Pingback: Islandia zimą - Szpejara.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *